Pełne zanurzenie – gra to fikcja, ale emocje są prawdziwe
Szesnaście osób, cztery rodziny, westernowe miasteczko rozłożone na stołach hotelowej sali konferencyjnej w Gdyni. Karty zasobów, gotówka do gry, notatki dziadka, których wartości nikt jeszcze nie zna. Brzmi jak planszówka na sobotni wieczór – i tak właśnie wyobrażał sobie ten dzień Damian. „Spodziewałem się gry planszowej z przyjaciółmi” – przyznaje.
Nikt nie spodziewał się tego, co wydarzyło się kwadrans później.
„Już po pierwszych spotkaniach w to weszliśmy” – mówi Darek Walczak , trener biznesu i mediator, który w rozgrywce przyjął rolę księgowego rodziny Clintonów. „To było życie, to były emocje. Nikt z żadnego zespołu nie myślał, że to jest chińczyk albo domino. Każdy chciał wygrać.”
Trzy rundy spotkań. Kilkadziesiąt kart do wymiany. I nagle okazuje się, że nie myślisz już o zasadach – myślisz o tym, jak nie dać się oszukać. Albo o tym, czy warto dać coś za darmo, żeby zbudować relację. Albo o tym, że facet naprzeciwko właśnie powiedział jedno, a jego oczy mówią drugie.

Adam Zajchowski, trener biznesu i twórca gier miejskich, trafił do rodziny Adamsów jako reprezentant – osoba delegowana do negocjacji przy każdym stole. „Wchodzę mocno w świat gry” – mówi. „Nie odbierałem żadnych telefonów, byłem w pełni skoncentrowany. Zależało mi na tym, żeby wygrać – zwłaszcza że wiedziałem, że mamy świetny team.”
Agnieszka Łądka-Barańska, z tego samego zespołu, ujęła to w jednym zdaniu: „Narracja jest sztuczna, gra jest wymyślona. Ale emocje są prawdziwe.”
I właśnie tu tkwi sedno. Nikt nie wchodzi do escape roomu z zamiarem odkrycia czegoś o sobie. Idzie, żeby otworzyć zamek, rozwiązać zagadkę, wygrać. A po drodze – pod presją czasu, w kontakcie z żywymi ludźmi, w sytuacji, w której trzeba coś zdecydować tu i teraz – odsłania sposób, w jaki naprawdę działa. Nie ten deklarowany. Ten rzeczywisty.
Aleksandra Kruszyńska, głowa rodziny Deksterów, musiała wyjść z rozgrywki przed jej końcem. Wiedziała od początku, że będzie musiała wyjść wcześniej. A mimo to: „Żałowałam, że muszę wychodzić, bo chciałam zobaczyć, jak to się zakończy. Miałam niedosyt. Wymieniłam się kontaktami, żeby mi chociaż powiedzieli, jaki był finał.”
Trzy rundy negocjacji wystarczyły, żeby osoba, która przyszła na pokaz gry szkoleniowej, po wyjściu szukała ludzi na LinkedInie, bo musiała wiedzieć, jak to się skończyło.
To nie jest efekt dobrego scenariusza. To jest efekt zanurzenia – momentu, w którym granica między „gramy” a „to się naprawdę dzieje” przestaje mieć znaczenie. I dopiero wtedy gra może zacząć robić to, czego żaden slajd nie zrobi: pokazywać ludziom ich samych w działaniu.
Lustro – pod presją nie udajesz

Marta Olesiak trafiła do rodziny Clintonów – prowadzili bank. Rola: reprezentantka, osoba od negocjacji. Naturalny wybór, bo Marta jest headhunterką. Sprzedaje na co dzień. Negocjuje stawki, warunki, kontrakty. „Jestem typem handlowca – lubię sprzedawać drożej, żeby mieć pole do negocjacji” – mówi wprost.
I dokładnie tak zagrała. Przy jednym ze stołów zaproponowała cenę dwukrotnie wyższą niż wartość karty. Przy innym poszła va banque, próbując odrobić stratę z ubezpieczenia. Grała tak, jak gra w życiu – twardo, ofensywnie, z nastawieniem na marżę.
Problem w tym, że reszta sali grała inaczej. Większość zespołów handlowała po cenach nominalnych, wymieniała się kartami, szukała porozumienia. Kiedy Marta próbowała wciągnąć kogoś w negocjacje cenowe, napotykała mur. „Za każdym razem, jak chciałam coś ugrać na pieniądzach, oni się od razu wycofywali, jakby pieniądze ich parzyły” – wspomina. A potem dodaje zdanie, które mówi więcej o polskim rynku niż niejeden raport: „To nie była tylko gra. Gdyby to była tylko gra, mielibyśmy zupełnie inne podejście. Miałam wrażenie, że firma z firmą rywalizuje, zamiast szukać możliwości współgrania – czyli typowy polski rynek.”
Marta nie mówi tu o grze. Mówi o tym, co zobaczyła w lustrze.
Gra nie ocenia – ona tylko pokazuje. Pokazuje, że Marta pod presją sięga po sprawdzone schematy. Że jej automatyczna reakcja na niepewność to ofensywa handlowa. I że ten styl – skuteczny w jej codziennej pracy – w sytuacji, gdzie stawką było zaufanie, a nie marża, nie zadziałał.
Sama to zresztą nazwała: „Przede wszystkim pojawił się u mnie lęk, czy sobie poradzę. W sytuacjach, w których nie czułam się pewnie, posiłkowałam się zespołem.”
Po drugiej stronie sali siedział Damian – głowa rodziny Adamsów. Ten sam czas, te same reguły, ta sama presja. Ale zupełnie inny obraz w lustrze.

Damian nie odkrył w sobie niczego nowego. Nie miał olśnienia. Miał coś, co bywa cenniejsze – potwierdzenie. „Bardziej się utwierdziłem niż nauczyłem” – mówi. „Zobaczyłem siebie jako osobę konsekwentnie działającą. Jeżeli pracuję z ludźmi, którzy wyznają podobne wartości, jestem jak ryba w wodzie – możemy zdobywać świat.”
Jego zespół postawił od pierwszego spotkania na transparentność i jasne reguły cenowe. Trzymali się ich do końca. Wygrali – i w punktach, i w relacjach.
Dwa zespoły, dwie strategie, dwa lustra. Marta zobaczyła, że jej siła bywa pułapką. Damian zobaczył, że jego wartości przekładają się na wynik. Żadne z tych odkryć nie byłoby możliwe na wykładzie o stylach negocjacyjnych. Potrzebna była sytuacja, w której oboje musieli zagrać – nie odpowiedzieć na pytanie, nie wybrać opcji z testu, nie opisać siebie na karteczce. Zagrać. I zobaczyć, co z tego wynikło.
Ślad – co zostaje, gdy karty wracają do pudełka
Darek przyjechał na pokaz, bo zaprosił go Wiktor, którego gry bardzo sobie ceni. Był wolny dzień, ciekawy temat, okazja do spotkania z ludźmi z branży. Żadnych wielkich oczekiwań. „Nie wiedziałem, że to aż tak pójdzie” – mówi kilka dni później.
W rozgrywce Darek trafił do Clintonów. Z wykształcenia i zawodu – mediator, trener od rozwiązywania konfliktów. Człowiek, który uczy ludzi budować zaufanie. A w grze odkrył, że jego styl komunikacji – otwarty, intencjonalnie koncyliacyjny – został odczytany przez innych jako obliczony teatr. Przyszedł z gałązką oliwną, a wyszedł z pytaniem, dlaczego nikt mu nie uwierzył.
„Ten dzień nazywam triggerem” – mówi. „Był generatorem wartościowych, znaczących refleksji.”
Trigger – nie lekcja, nie morał, nie gotowy wniosek z flipcharta. Coś, co uruchamia myślenie i nie pozwala o sobie zapomnieć w drodze do domu. Darek nie dostał odpowiedzi. Dostał pytanie, z którym będzie pracował dłużej niż trzy godziny rozgrywki.

Inaczej wyglądało to u Agnieszki Łądki-Barańskiej. Ona nie wyszła z gry z pęknięciem – wyszła z potwierdzeniem. „Współpraca i transparentność, jasność zasad – to ma dla mnie olbrzymie znaczenie” – mówi. „Spójność z tymi wartościami w trakcie gry naprawdę się liczyła.”
Agnieszka nie dowiedziała się niczego nowego o sobie. Ale zobaczyła, że to, w co wierzy, działa. Jej zespół – Adamsowie – postawił na otwartość i jasne reguły od pierwszego spotkania. Dostali najwyższe oceny relacyjne w całej rozgrywce. Dwadzieścia osiem na trzydzieści możliwych punktów. Dla kogoś, kto ceni współpracę i przejrzystość, to nie jest statystyka. To dowód.
Są więc ludzie, którzy wychodzą z gry z ryską na swoim obrazie siebie. I są tacy, którzy wychodzą z nim umocnieni. Jedni i drudzy wynoszą coś, czego nie da się wyczytać z książki ani usłyszeć na wykładzie.
Damian Michalak– głowa rodziny Adamsów (ten sam zespół co Agnieszka) – patrzy na to szerzej. „Uważam, że taka forma to przyszłość” – mówi. „W dobie sztucznej inteligencji spotkanie z żywymi ludźmi – konsultacja, współpraca, wymiana doświadczeń – jest czymś niesamowitym.”
To nie jest sentyment. To obserwacja kogoś, kto od lat pracuje z ludźmi i widzi, jak zmieniają się formy rozwoju. Slajdy można wygenerować. Scenariusze case study można zlecić algorytmowi. Ale momentu, w którym siedzisz naprzeciwko żywego człowieka i musisz zdecydować, czy mu zaufać – tego żaden prompt nie zastąpi.

Karty wróciły do pudełka. Kapelusze zdjęte, dolary do gry schowane. Ale Darek dalej myśli o tym, dlaczego go nie kupili. Agnieszka dalej wie, że transparentność się opłaca. A Aleksandra Kruszyńska – ta, która musiała wyjść wcześniej – znalazła już na LinkedInie ludzi, z którymi grała trzy rundy pewnego czerwcowego popołudnia w Gdyni 😊
Autorami wpisu są: Krzysztof Kondracki i Wojciech Grzybowski — autorzy gier Wschód Dzikiego Zachodu i Starożytna Świątynia.
Poznaj tę grę i zobacz jak może pracować dla Twojego biznesu!
Wschód Dzikiego Zachodu 2.0 – Symulacja Biznesowa
Najniższa cena z ostatnich 30 dni: 9.225,00 zł.
Wschód Dzikiego Zachodu to symulacja biznesowa uhonorowana I miejscem oraz nagrodą publiczności w konkursie Innowacja Edukacyjna Roku. Gracze wcielają się w przedsiębiorców z Dzikiego Zachodu, których celem jest zbudowanie swojego biznesu rodzinnego. Doświadczają wyzwań związanych z prowadzeniem firmy w środowisku pełnym konkurencji i możliwości.
Ważne: Gra jest w dwóch wersjach językowych – po polsku i angielsku. Po dodaniu wybranej licencji produktu, napisz w komentarzu do zamówienia jaką wersję potrzebujesz.














